Wpis gościnny: „Meksyk” na Malediwach

To pierwszy tego typu wpis na naszym blogu, wpis gościnny, napisany przez Izę, naszą wspólną ciocię. Dowiecie się z niego, jak to zamiast w Meksyku wylądowałyśmy na Malediwach w grudniu zeszłego roku, no i poznacie nasze przygody, zabawnie opisane przez Izę.

No to oddajemy głos i zapraszamy na relację podróżniczą „Meksyk na Malediwach”:

Miała być wyprawa do Meksyku, ale z biletami typu „standby”, nigdy nie wiadomo co się wydarzy. W napięciu czekałyśmy na rozwój sytuacji, już nawet nadałyśmy bagaże, ale Meksyk okazał się tym razem nie dla nas. Pomyślałam: trudno…, może jeszcze kiedyś (ze zdecydowanym naciskiem na KIEDYŚ :)). No ale Monika i Klaudia tak łatwo nie dają za wygraną, na pewno nie w sprawie podróżowania :).

Miał być Meksyk… a były Malediwy

Sprawy potoczyły się bardzo szybko. Wyszukały najbliższy lot w egzotycznym kierunku: Malediwy :), sprawdziły warunki podróżowania w pandemii (oprócz szczepienia, konieczne okazało się zrobienie testu na covid), zarezerwowały bilety na samolot, wyszukały niedrogi hotelik, do tego pomyślały o transferze na jedną z wysp a wszystko to w kilka godzin. Ja w totalnym szoku. Mentalnie nastawiłam się na Meksyk a tu taka zmiana kierunku :), dosłownie o 180 stopni. Dla dziewczyn to bułka z masłem. One są wprawione w planowaniu, pakowaniu a ja to żółtodziób w tych sprawach. Ale grunt to mieć zaufanie do drugiego człowieka, więc mimo lekkiego oszołomienia i obiekcji w końcu dałam ponieść się spontanicznej fali.

I tak kolejnego dnia, na lotnisku znowu lekka adrenalina czy tym razem uda się wylecieć. Szczęście dopisało i o godzinie 19.50 wystartowałyśmy w kierunku Male – stolicy Malediwów – WOW :). Dziewięć i pół godziny lotu przebiegło ku mojemu zaskoczeniu niezwykle szybko i nim się obejrzałyśmy, około godziny 11 lokalnego czasu znalazłyśmy się na „drugim końcu świata”. Najpierw przeżyłyśmy wstrząs pogodowy: w Wiedniu zima a tutaj temperatura prawie 30 stopni. Po odprawie paszportowej i wszelakich kontrolach przebieramy się w lekkie ciuchy, pamiętając, że Malediwy to muzułmański kraj i obowiązuje tu pewien dress code :).

Płyniemy na wyspę Guraidhoo!

Przed terminalem lotniska znalazłyśmy, jak ja to mówię – dworzec, z którego odpływają łódki – speed boaty. Wsiadamy do jednej z nich i płyniemy do centrum Male po kolejnych pasażerów. Tutaj mamy godzinkę czasu, więc korzystając z okazji, udajemy się na krótki spacer uliczkami miasta. Od razu spotykamy się z życzliwością i otwartością lokalnych mieszkańców, co potwierdzi się podczas dalszego pobytu.

Po około półgodzinnym rejsie w przepięknych, zachwycających nas okolicznościach przyrody, docieramy na wyspie Guraidhoo, gdzie spędzimy kilka dni. Słońce grzeje ostro, temperatura daje się we znaki. Ku naszemu zaskoczeniu, w niewielkim porcie, czeka na nas przedstawiciel hotelu Athens view, w którym zarezerwowałyśmy nocleg. Traktowane jesteśmy wyjątkowo mile, nie musimy martwić się o bagaże, a nawet dostajemy parasole przeciwsłoneczne, chociaż droga do hotelu jest krótka. Jest jakby luksusowo :)). Klaudia od razu łapie dobry kontakt z Osmanem (chłopak z hotelu) i konwersuje z nim w języku angielskim.

Przy wejściu do hotelu zostajemy poproszone o zdjęcie butów :). Przed drzwiami leży tyle japonek (i nie mam na myśli mieszkanek pewnego azjatyckiego kraju :)), że można by otworzyć sklep z butami. Dostajemy pokój z balkonem na pierwszym piętrze. Balkon z widokiem… na przeciwległą ścianę i kilka klimatyzatorów :). Drzwi zamykane są na kartę, ale w łazience nie ma ciepłej wody – coś za coś ;). Pierwszy posiłek, jaki mamy okazję spożyć, nie napawa optymizmem: sucha ryba z grilla, suchy ryż i niedoprawiona surówka. No ale nie ma co marudzić, zapłaciłyśmy naprawdę niewielkie pieniądze. Po obiadku Osman prowadzi nas na plażę — tylko w tym miejscu można opalać się w bikini.

Nieopodal tubylcy korzystają od czasu do czasu z kąpieli, więc należy uszanować ich zwyczaje. Plaża jest niewielka, urokliwa, na drzewach zawieszone są pomysłowe ekologiczne hamaki, możemy korzystać z leżaków i czystej, ciepłej wody o oszałamiającym turkusowym kolorze. Na dodatek cała plaża tylko dla nas. Bajka!!! Idylliczny obraz Malediwów trochę burzą porozrzucane tu i tam śmieci, ale i tak cieszymy się pobytu w tak egzotycznym miejscu. Wieczorem padam pełna wrażeń. Klaudia i Monika pracują jeszcze do północy — twarde dziewczyny :).

„Przygoda” na materacach

Rano budzi nas Monika. Chce wykorzystać ten krótki czas urlopu na maksa. Na śniadaniu mile zaskakuje nas pasta z tuńczyka z kokosem. Jak to mówi Monika: „mega” :). Potem lecimy na plażę nacieszyć się słońcem. Niedaleko, naprzeciwko kusi widok resortu: piękne palmy no i wypasione kosze leżakowe. Postanawiamy podpłynąć bliżej. Na specjalistycznym sprzęcie pływającym (kółko do pływania i zgrabny materacyk) wybieramy się w stronę drugiego brzegu. W rewelacyjnych humorach chichocząc, przemierzamy, jakby nie było Ocean Indyjski. Przestało nam być do śmiechu, kiedy coraz mocniejszy nurt znosi nas daleko od brzegu. Klaudia zachowała zimną krew i instruowała Monikę, która wpadła w małą panikę, widząc, do czego później się przyznała, przed oczami całe życie ;).

Na szczęście na małym strachu się skończyło. Po obiadku zdecydowanie lepszym niż poprzedniego dnia znów cieszyłyśmy się kąpielą w oceanie i leżakowaniem. Postanowiłyśmy też spróbować mrożonej kawki w małej lokalnej kafejce przy plaży. Smakowała. Wieczorami przy takich małych kawiarenkach składających się z blaszanej budki, paru stolików i krzeseł, korzystają także lokalni mieszkańcy. Kobiety ubrane jak przystało na lokalny dress code i mężczyźni zagadujący do nas nienachalnie miło, spędzają czas przy kawie i wspólnych rozmowach. Aż miło popatrzeć. Mimo różnic kulturowych są dla nas mili, otwarci. Pan, który sprzedawał pyszną wodę ze świeżych kokosów, oferuje nam trzy owoce, mimo że nie mamy przy sobie pieniędzy. U nas nie do pomyślenia.

Meksyk na Malediwach

Mieszkańcy Malediwów pozytywnie zaskakują nas coraz bardziej. Jedzenie w hotelu również :). Nie możemy się tylko doprosić o zimną wodę do posiłków. Na szczęście Klaudia, używając swojego osobistego uroku, sprawia, że woda z lodówki się znajduje. Wieczorem umawiamy się (a tak dokładnie to Klaudia, bo ja i Monika naukę angielskiego mamy ciągle w planach :D) z Osmanem, że następnego dnia zabierze nas motorówką na wycieczkę. Plan bardzo ciekawy. Będzie się działo.

Meksyk na Malediwach — relacja z pierwszej wycieczki

Po śniadaniu czeka na nas motorówka i trzech mężczyzn, co trochę nas zaniepokoiło, kiedy wypłynęłyśmy w głąb morza – ech, te stare baby. Panowie okazali się bardzo sympatyczni i nawet brak znajomości angielskiego nie przeszkodził nam w żartach. Monika prawie została teściową, chociaż połowę drogi zastanawiała się, czy na motorówce są koła ratunkowe. Czyżby wcześniejsza przygoda pozostawiła taki ślad w jej psychice :)? Pierwszy punkt programu — obserwowanie delfinów — udał się wyśmienicie. Piałyśmy z zachwytu, widząc te piękne stworzenia zwinnie poruszające się w wodzie. Były tak blisko…

Potem piknik na bezludnej wyspie zwanej sand bank. Rajski klimat. Tego nie da się opowiedzieć. To trzeba zobaczyć. Sesja zdjęciowa jak z żurnala (jak mawiała moja ciocia). Takiej ogromnej muszli jak na tej plaży, to jeszcze nie widziałam :). A była to muszla… klozetowa 😉 – sami zobaczcie na zdjęciu poniżej.

Meksyk na Malediwach

Ten wspaniały krajobraz niestety zakłóciły sterty śmieci, widoczne w niektórych miejscach na wysepce. Niestety ciemna strona cywilizacji wdziera się i tutaj. Trudno poradzić sobie z plastikiem i opakowaniami towarów na wyspie. Ech… Za to ocean czyściutki, bez skazy. Panowie uczą nas korzystać z maski z fajką, gdyż ostatnim punktem naszej wycieczki będzie snurkowanie z rybkami, czyli snorkeling. Chcąc nie chcąc uczymy się angielskiego 😉.

Meksyk na Malediwach

Dopływamy motorówką do miejsca ostatniej atrakcji. „Monika jump!” – nasz kapitan zachęca koleżankę do opuszczenia łódki. To, co widzimy, przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania! Rafa koralowa i mieniące się różnymi kolorami rybki zrobiły na nas ogromne wrażenie. To wielka przyjemność pływać w towarzystwie Nemo i Doris 😊. Mamy wrażenie, że jesteśmy częścią tego podwodnego świata. Niesamowite! Panowie są tak uprzejmi, że nagrywają nas kamerką go-pro. Pamiątka super! Wracamy z wycieczki bardzo szczęśliwe. Monika nawet zapomniała o kołach ratunkowych 😉.

W drodze do portu…

Po kolacji, do której dostałyśmy zimną wodę – wow 😉, idziemy do portu. A raczej próbujemy, bo mimo że wyspa jest malutka, to w labiryncie ciasnych uliczek łatwo się zagubić. Zapytany o drogę przypadkowy mieszkaniec wyspy postanawia osobiście zaprowadzić nas do portu. Chętnie wdaje się w rozmowę z Klaudią, opowiada o życiu na wyspie, sam pracuje w szpitalu psychiatrycznym działającym na Guraidhoo. Po drodze widzimy tubylców leniwie snujących się koło własnych domów, odpoczywających w zaskakującej konstrukcji leżakach, stojących niemal przed każdym domem. Starsi mężczyźni ubierają się w luźne spódnice do połowy łydki, kobiety w tradycyjnych strojach zakrywających całe ciało, przeważnie czarnego koloru. Wszyscy uśmiechnięci. Poznajemy madame Serwietę – starszą panią, właścicielkę sklepu, która obdarowuje nas pamiątkowymi magnesami.

W porcie toczy się wieczorne życie towarzyskie mieszkańców wyspy: piją kawę, rybacy wracają z połowów tuńczyka. Turystów jest niewielu. Nasz znajomy pokazuje nam podpływające wieczorem rekiny i płaszczki. Wracając do hotelu, mijamy miejscowy meczet. Jest już ciemno, wiatr porusza liśćmi palm. Akurat muezin nawołuje do modlitwy. Nie wiem jak dziewczyny, ale mnie przeszedł dreszczyk emocji. Kolejny dzień zapowiada się również emocjonująco, bo postanawiamy popływać z żółwiami.

Meksyk na Malediwach — relacja z drugiej wycieczki

Po śniadaniu ładujemy się do motorówki. Niebo jest lekko zachmurzone, ale Osman twierdzi, że „no problem” – wieczny optymista. Wypływamy w morze. Niebo ciemnieje, fale coraz większe. Kapitan opanowany, pewnie prowadzi łódź. My już nie takie pewne. Monika przypomina sobie o kamizelkach ratunkowych. Chyba stwierdziła, że lepiej będzie w niej wyglądać niż w kole ratunkowym :). Z każdą minutą pogoda się pogarsza. Popatrujemy na siebie z niepokojem. Jeden z załogi wyskakuje z łódki, żeby sprawdzić, czy są oczekiwane przez nas żółwie. Zbliża się czarna ściana deszczu. Zaczyna padać. Nie w głowie nam żółwie. Łódką buja na wszystkie strony. Adrenalina jak na rollercoasterze. Marzy nam się suchy ląd. Monika zażądała „life jacket”, bo w desperacji nauczyła się angielskiej wersji. Ja również nie oponowałam, kiedy Osman podał mi kamizelkę ratunkową. Woda to wielki żywioł. Zwłaszcza w takich warunkach czuje się respekt. Postanawiamy zawrócić.

Ponieważ po kilkunastu minutach pogoda się poprawia, odwiedzamy jeszcze małą bezludną wysepkę i ponownie zaliczamy snurkowanie. Machamy do rybek, bo to przecież już nasze „stare” znajome. Z drugiej strony, trochę im współczuję – codziennie mieć gości – każdemu może się znudzić ;). Dzisiaj przeżyłyśmy wrażeń moc: oczekiwanie, ciekawość, trochę strachu, ulga, oczarowanie podwodnym światem. Człowiek czuje, że żyje.

Meksyk na Malediwach
Meksyk na Malediwach

Meksyk na Malediwach – ostatni wieczór

Wieczorkiem po kolacji wybieramy się do portu i na małe zakupy, bo nasz krótki, szalony wypad dobiega końca. W porcie pijemy smaczną kawę, a potem idziemy do sklepu Serwietty. To niewielki sklepik, w którym można kupić produkty spożywcze miejscowego pochodzenia, a także przeróżne pamiątki wykonane z masy perłowej, koralowca czy palmy kokosowej. Biżuteria, muszle, oryginalne naczynia kuszą swoim wyglądem, ale, o czym przestrzegła nas Monika, trzeba uważać, co się kupuje. Prawo na Malediwach zabrania wywożenia takich rzeczy z kraju. Może i dobrze…

Kupiłyśmy m.in. tuńczyka, który bardzo nam smakował, i małe słodycze zawinięte w liście bananowca – eko opakowanie :). Idziemy do kasy i tu zaskoczenie. I nie tym, że należy się targować, o tym wiedziałyśmy. Panowie, którzy pracowali w sklepie, nie podjęli się ustalić ceny bez akceptacji Serwietty! WOW – w kraju muzułmańskim, gdzie kobiety, zdawałoby się, odgrywają mniejszą rolę od mężczyzn, dzieją się takie rzeczy?! Nie był to wcale wyjątek. Na Malediwach kobiety uczą się, pracują, spotykają w wolnych chwilach „na kawce”, pływają w oceanie i jeżdżą skuterami. Tylko strojem różnią się od nas, na co wpływają chyba najbardziej względy praktyczne.

Spędzając kilka dni w gorącym klimacie, ubierałyśmy się najczęściej w długie, zwiewne ubranie i chustę na głowie, którą wiązałyśmy w coś na kształt turbanu. Niektórzy tubylcy pytali, czy w naszym kraju kobiety muszą takie coś nosić na głowie :)). Po całym dniu pełnym wrażeń padłyśmy w hotelu, a tu jeszcze trzeba się spakować, bo jutro wracamy do domu :(. Wcześnie rano pobudka. Nasz samozwańczy budzik Monika zadbał o to, byśmy nie zaspały. Jednego dnia zbudziła nas przed świtem na wschód słońca i sesję zdjęciową. Jako że jestem śpiochem, to łatwo można się domyśleć, co w tym momencie myślałam, ale spacer o świcie i piękne zdjęcia wszystko wynagrodziły.

Powrót do domu

Dwóch przemiłych panów odprowadza nas z hotelu na plażę, zawożą nam walizki na taczkach 🙂 i ustawiają specjalne schodki, żebyśmy „z klasą” mogły wsiąść do łódki, którą popłyniemy na lotnisko z przesiadką w Male. Z sentymentem rzucamy ostatnie spojrzenie na naszą wyspę i machających nam na pożegnanie znajomych z hotelu. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy, eh…

Na lotnisku z powodu nagłej ulewy wszystkie loty są opóźnione, ale najważniejsze, że na nasze bilety standby udało się wsiąść do samolotu. Ciekawe, co by było gdybyśmy nie mogły wrócić tym rejsem :D?  Dopiero byłoby co wspominać :). Po prawie dziesięciu godzinach spokojnego lotu wysiadamy w zaśnieżonym, zimowym Wiedniu. Różnica temperatur ponad trzydzieści stopni. Szok — kolejny w ciągu tych kilku dni.

I czy to Meksyk, czy Malediwy okazuje się, że świat jest mały, piękny a ludzie przyjaźni. Na drugim końcu świata i blisko. Warto czasem poddać się jakiemuś szaleństwu, żeby przeżyć fajne chwile. A te zapadną długo w mojej pamięci dzięki Klaudii i Monice – super organizatorkom 😊, które namówiły mnie i zabrały na tę eskapadę. Mam nadzieje, że nie po raz ostatni 😉 Dzięki dziewczyny.

Nie wiemy, jak Wy, ale my czytając ten wpis, kilka razy siedziałyśmy przed ekranem, śmiejąc się wniebogłosy. Uważamy, że Iza ma super pióro i częściej mogłaby tu u nas gościć, szczególnie że ma dużą wiedzę, jeśli chodzi o górskie wędrówki w Tatrach. Niestety do tej pory nie udało nam się jej przekonać – to może Wy ją zachęcicie w komentarzach 😊?

A jeśli planujecie podróż na Malediwy poza resortami, to koniecznie przeczytajcie wpis, o tym, co warto wiedzieć przed podróżą na lokalną wyspę i Malediwy generalnie.


Znasz już nasz fanpage na FB? 😊 Regularnie pojawiają się tam relacje z naszych podróży, weekendowych wypadów, a także różne polecenia z Wiednia, gdzie mieszkamy. Zachęcamy Cię więc do polubienia strony, abyś był na bieżąco. 🙂 Zapraszamy także do naszej nowej grupy „Austria na lato”. Znajdziesz w niej inspiracje na wycieczki po tym pięknym kraju.
Działamy również na Instagramie, gdzie regularnie pojawiają się fotki z naszych wyjazdów, a będąc w podróży, relacjonujemy głównie na InstaStories. Dołącz do nas i inspiruj się z nami!

P.S: Będzie nam niezmiernie miło, jeśli rezerwując Twój kolejny nocleg, skorzystasz z naszego linka Booking.com. Ciebie to nic nie kosztuje, a dla nas to duże wsparcie w prowadzeniu bloga. 🙂

Poznaj nasze wiedeńskie przewodniki:

Zobacz inne nasze wpisy:

Comments

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.