Dwa dni w Odessie to zdecydowanie dobry pomysł na weekendowy city-trip, choć nie ukrywamy, że chętnie zostałybyśmy jeszcze trochę dłużej. Odessa – miasto portowe, założone przez carycę Katarzynę II. Trzecie co do wielkości miasto Ukrainy. Nazywana jest perełką Morza Czarnego – nam bardzo przypadł do gustu jej klimat, sporo kontrastów oraz serdeczni ludzie. A już myślałyśmy, że nici z naszej wycieczki…
Problemy z dotarciem do Odessy
Nasz city trip do Odessy zaczął się nie do końca tak, jak byśmy się tego spodziewały, no ale przecież w podróży nie zawsze wszystko idzie według planu. A mianowicie nasz samolot nie mógł wylądować w Odessie przez silny wiatr. Takim sposobem wylądowaliśmy w stolicy Mołdawii. Opcje były dwie: albo wysiadka w Kiszyniowie, albo powrót do Wiednia i lot do Odessy w nocy tego dnia. Nie miałyśmy jednak gwarancji, że na pewno w nocy polecimy, bo bilety miałyśmy tzw. standby, które jako stewardessa mogę kupić taniej, ale bez stuprocentowej pewności, że polecę.
Jako, że Odessa od Kiszyniowa jest oddalona o jakieś 170 km, to zdecydowałyśmy, że wysiadamy i organizujemy dojazd do celu na własną rękę. Ah właśnie, byłabym zapomniała – bagaże nadane z jakichś powodów nie mogły zostać wyładowane i miały one dolecieć do Odessy następnym możliwym lotem, więc zostałyśmy tylko z naszymi małymi plecakami, w których nie było zbyt wiele.
Szaleńcza jazda
Wraz z dwoma zapoznanymi Ukraińcami – jeden z nich zorganizował taksówkę – ruszyliśmy w drogę. W drogę dosłownie szaleńczą! Kierowca w ogóle nie zważając na stan dróg pędził praktycznie non stop 130 km/h. Takich dróg jak szczególnie te, po przekroczeniu granicy z Ukrainą jeszcze w życiu nie widziałyśmy! Szkoda, że nie mamy zdjęć, by pokazać te wielkie wyboje, te „góry i doliny” na drodze. Dramat totalny! Szczególnie, że nasz kierowca wcale się nie przejmował i nie zamierzał zwalniać, nawet po tym, jak jakaś część, chyba nadkola, po prostu odleciała. Na co pan kierowca machnął tylko ręką i stwierdził, że to nic, że to normalne…
Mamuśka, jako wieloletni kierowca, całą drogę jechała wręcz zesztywniała ze stresu. Dodam jeszcze tylko, że ja jechałam bez pasów. Siedziałam na środku, a pasów tam nie było. Także kiedy w końcu dojechałyśmy na lotnisko w Odessie, szczerze odetchnęłyśmy z ulgą. Taka przygoda kosztowała nas 50 euro. 😃
Ufff, dotarłyśmy w jednym kawałku!
Po formalnościach związanych z naszymi walizkami (powiedziano nam, że jeśli dolecą następnym lotem w nocy, to zostaną nam przywiezione do hotelu), wybrałyśmy hrywny z bankomatu, kupiłyśmy kartę SIM z internetem (7€) i Uberem pojechałyśmy do naszego hotelu. Koszt to jakieś 115 hrywien (ok. 4,50€). Przynajmniej przy zameldowaniu wszystko było w porządku.
Nasz hotel w Odessie

W Odessie zatrzymałyśmy się w budżetowym hotelu Volna, który jest położony przy plaży Lanzheron. Obsługa BARDZO miła i pomocna – pani recepcjonistka wielokrotnie dzwoniła w naszym imieniu na lotnsku, by dowiedzieć się czegoś o naszych walizkach. Mały pokój z własną łazienką w zupełności nam wystarczył na tak krótki wypad. Fajnie, że w pokoju jest mała lodóweczka. Pokoje nie mają balkonu, co w pryzpadku pobytu nastawionego na plażowanie pewnie byłoby trochę niewygodne. Na zwiedzanie jednak, jak najbardziej jest to dobra, tania opcja. Za 3 noce zapłaciłyśmy 87€. Tutaj zarezerwujesz Hotel Volna.
Wykończone po całym dniu pojechałyśmy na kolację do gruzińskiej restauracji Khinkal’nya, którą zresztą znamy już ze Lwowa. Niestety tym razem nas rozczarowała. Pasta z bakłażana była mocno średnia w porównaniu do tej, która jadłyśmy we Lwowie. Nie było w niej czuć w ogóle orzechów. Smażony bakłażan posypany serem był tłusty i słony. Jedynie chaczapuri było bardzo dobre, choć mogłoby jeszcze kilka minut dłużej zostać w piecu. Deser (pelamushi) – do teraz nie wiemy co to dokładnie było – był wstrętny Przepraszam za wyrażenie, no ale nie dałyśmy rady go zjeść. Mamy ogromną nadzieję, że to jednorazowy przypał restauracji Khinkal’nya, bo we Lwowie byłyśmy absolutnie zachwycone wszystkim, co zamówiłyśmy.
Po kolacji jeszcze krótki spacerek po zmroku i powrót do hotelu…
Nazajutrz dzień zaczęłyśmy od telefonowania z oddziałem Lost and Found, aby dowiedzieć się, gdzie są nasze bagaże, bo w hotelu jeszcze ich nie było. Pani poinformowała mnie, że bagaże są na lotnisku i dojadą do hotelu na 12.00.
Śniadanie zjadłyśmy w Shalanda, knajpce (jest to również hotel) z widokiem na morze, zaraz koło naszego hotelu. Mama wybrała omleta, a Ja moje ukochane syrniki 😍 z miodem i śmietanką, do tego 2 cappuccino i 2 świeże soki jabłkowo-marchewkowe (wydaje nam się, że były dosładzane :/ ).

Za wszystko zapłaciłyśmy 365 hrywien (ok. 14€). Jak na Ukrainę to wcale nie jest to mało, no ale zważając na położenie restauracji wyższe ceny rozumieją się same przez się. 😀

Odessa – zwiedzania część I.
Uzgodniwszy z recepcjonistką, że zadzwoni do nas, kiedy walizki dojadą, wybrałyśmy się na pierwsze zwiedzanko, aby nie tracić czasu. Co udało nam się zobaczyć? Głównie Park Szewczenki, w którym mieści się nie jedna atrakcja.
Park Tarasa Szewczenki
Pierwotnie park nosił imię cesarza Rosji Alexandra II, który zezwolił na jego założenie w 1875 r. W 1954 został przemianowany na Park Tarasa Szewczenki, narodowego poety Ukrainy.
Łuk Lanzheron (Lanzheronivska arch)

Najstarszą plażą w Odessie jest właśnie plaża Lanzheron. Jej nazwa pochodzi od francuza Alexandra Andre de Lanzherona – jednego z pierwszych burmistrzów Odessy. Miał on bowiem w tym miejscu swoją daczę, którą po śmierci przekazał miastu na potrzeby utworzenia pierwszej publicznej plaży w Odessie. Z daczy pozostał już tylko piękny łuk z napisem Lanzheron.
Aleja Chwały i Pomnik Nieznanego Marynarza

W Alei Chwały znajdują się groby tych, którzy wyzwolili Odessę z rąk nazistów. Aleją dojdziemy do Pomnika Nieznanego Marynarza przy którym płonie wieczny znicz.


Diabelski młyn

Ja skusiłam się na przejażdżkę, bo od jakiegoś czasu ″kolekcjonuję″ diabelskie młyny w podróży. W Odessie znajduje się on przy ulicy i z góry rozprzestrzenia się bardzo ładny widok na Morze Czarne oraz na stadion Czornomoreć. Cena: 100 hrywien (niecałe 4€).

Kolumna Alexandra II

Kolumna upamiętnia wizytę cesarza Rosji Alexandra II w Odessie w 1875 r. Została zbudowana w 1891 r. W tym samym miejscu, w którym gmina miasta spotykała się z cesarzem w 1875 r. W tym celu zbudowano pawilon carski, w którym Alexander II zezwolił na założenie tu parku jego imienia i zasadził w nim pierwsze, symboliczne drzewo.
Stadion Czornomoreć

To pierwszy stadion o tak zachwycającej architekturze jaki dotychczas widziałam! Połączenie odeskiej architektury i nowoczesności, czyli przepiękna, bogata kolumnada i szkło. Aż trudno uwierzyć, że jest to wejście na stadion. Mnie raczej kojarzy się z wejściem do jakiegoś ekskluzywnego hotelu. Warto zobaczyć będąc w Odessie.

Podczas zwiedzania zobaczyłyśmy też kilka fajnych oldtimer′ów, kupiłyśmy suszone krewetki (30 hrywien/ 100g – ok. 1€) oraz suszone kalmary (75 hrywien/ 100g – ok. 3€) u miłej pani (swoją drogą bardzo to fajna przekąska).


U kolejnej skusiłyśmy się jeszcze na orzechy w soku z granatu. Wcale nie miałyśmy na ten „przysmak” ochoty, ale obiecałyśmy pani, która je sprzedawała, że w drodze powrotnej do niej zajrzymy. Musiałyśmy więc dotrzymać słowa. 😀 Ja nie próbowałam, ale mamuśce niezbyt przypadły do gustu. 😁 No ale przynajmniej sprawiłyśmy przyjemność starszej pani. Cena to 30 hrywien (ok 1€), a więc majątku nie wydałyśmy. 🙂

Jako, że było już po 13.00, a o walizkach ani widu ani słychu, a po kilku telefonach dostałyśmy sprzeczne informacje, postanowiłyśmy, że musimy osobiście jechać na lotnisko. Tak też zrobiłyśmy. Sukces – walizki odzyskane! Mogłyśmy więc w końcu się przebrać i na nowo ruszać na podbój Odessy. 😍
Odessa – zwiedzania część II.
Uberem pojechałyśmy do centrum. Pierwszy punkt programu: Synagoga Brodska.
Synagoga Brodska

Ogromna! Z zewnątrz powiedziałabym wygląda dość mrocznie, ze względu na szaro-bury kolor i kute ogrodzenie. Jest to jedyna zachowana synagoga w Odessie. Poza salą modlitewną na terenie synagogi mieszczą się też m.in. gabinet rabina Odessy, redakcja tygodnika „Or Sameach” i programu telewizyjnego o takiej samej nazwie. Za czasów radzieckich miejsce służyło jako hala sportowa. (Informacje doczytane w Wikipedii) 🙂
Filharmonia

Pierwotnie miał to być budynek giełdy miejskiej. dlatego w westybule są ilustracje przedstawiające światową historię handlu. „Wiedeńska ciekawostka”: konkurs na kształt gmachu wygrał wiedeński architekt V. Prohazka, finalnie jednak jego plany zostały skorygowane przez innego architekta.

Duże wrażenie robi główne wejście do odeskiej filharmonii, które stanowi zadaszona loggia z szerokimi schodami. Sufit ozdobiony jest malowidłami, które przedstawiają znaki zodiaku. Jako, że akurat nikogo tam nie było, to postanowiłyśmy wejść po schodach, żeby zrobić fotki. I dobrze się stało, bo możemy pokazać jeden z kontrastów dostrzeżonych w Odessie. Z jednej strony piękna architektura na bogato, a na bocznych balkonikach – bałagan! Stare meble, ciągnące się kable, brudne obrusy – nie wygląda to zbyt reprezentatywnie.


Most (Mist) Kotsebu

Z ciekawostek: Metalowe fragmenty mostu zostały wyprodukowane w paryskiej firmie, w której produkowano również elementy Wieży Eiffla. Most Kotsebu to miejsce pełne kontrastów, które chyba najbardziej nas zaskoczyło podczas naszego tripu. Spędziłyśmy tam bardzo dużo czasu robiąc zdjęcie za zdjęciem, bo nie mogłyśmy się napatrzeć. Przepiękne schody, którymi schodzi się z mostu od razu sprawiły, że w mojej głowie pojawił się obraz. Obraz drobnej księżniczki w falbaniastej, szerokiej sukni wolno schodzącej po schodach by wpaść w ramiona ukochanego…

Pstryk! No i czar prysł! A to temu, że na dole już wcale nie jest tak pięknie. Obok schodów stoi jedna wielka ruina. Stara kamienica, o której ma się wrażenie, że lada chwila runie w cholerę. Wraki dwóch samochodów, meble, kable… no cóż – małe wysypisko. Jak nic do tego wszystkiego pasuje graffiti, które jest na praktycznie wszystkich murach i ścianach dookoła. Niesamowite miejsce! Piękne i zarazem brzydkie, choć nie do końca, bo te wszystkie kontrastujące ze sobą elementy składają się w całość. W zaskakującą i interesującą całość! Nie muszę chyba pisać, że polecamy to miejsce odwiedzić. 🙂 Sam zobacz i daj znać, czy także lubisz takie miejsca. 🙂

Molodost (Molodist) Bar

Długie pykanie fotek sprawiło, że po pierwsze zapadł już zmrok a po drugie robiłyśmy się głodne. Wybór padł na Molodost Bar (w Google Maps: Molodist Bar), który wpierw znalazłam na blogu nasze-podróże, a potem poleciła nam go również jedna z dziewczyn w grupie Podróżniczki na FB. Wystrój retro – totalnie czaderski! Lata 80/90 – choć ja niewiele z tego okresu pamiętam, to mamuśka już owszem. Stolik, który zresztą był jakby złożony z trzech fragmentów starych stołów, dostałyśmy na 1. pięterku. Przez siatkę można było spoglądać na parter.
Do niesamowitego klimatu tego miejsca przyczynia się mały salonik, zaraz obok schodów, w którym stoją stare meble, między innymi starodawna wersalka. Jest i stary telewizor z podłączoną konsolą do gier, radio, a na ścianie wisi duży dywan. Oczywiście wszystko niedzisiejsze. 🙂

Czego warto spróbować w Molodost Bar?
No dobra, co my tam jadłyśmy? Tradycyjnie: mamuśka zamówiła pielmeni. Ciasto cienkie, bardzo dobrze doprawiony farsz, śmietanka – palce lizać!
Ja wybrałam długo wyczekiwany barszcz ukraiński z żeberkiem. Chodził za mną odkąd kupiłyśmy bilety do Odessy. 😁 A jak smakował podany z ciemnym chlebkiem z prawdziwą słoniną i kawałkiem dymki. Pyszności! 😍 Nie mogłyśmy się powstrzymać i na deser wjechały wareniki nadziewane wiśniami. Na ogół rzadko jadamy gotowane wiśnie, ale musimy przyznać, że wareniki były pyszne!



Dania były przynoszone w małych, blaszanych garnkach i dopiero potem serwowane. Jako „podstawki” pod talerze służyły gazety – mega! Aha, a serwetki znajdowały się w przykręconych do stołów maszynkach do mielenia.
Za te trzy dania i dwie lampki wina rachunek wyniósł 330 hrywny (ok. 12€).


Po kolacji jeszcze chwilkę pospacerowałyśmy, zrobiłyśmy fotki z Puszkinem, przed jego muzeum, po czym wróciłyśmy Uberem do hotelu. 🙂
Jeśli chcesz wiedzieć, co jeszcze zdołałyśmy zobaczyć w Odessie, a na co niestety nie starczyło czasu, to zapraszamy do przeczytanie drugiej częśći wpisu. 😊
A jeśli masz ochotę przeczytać o innym naszym wypadzie z przygodami, to ruszaj z nami do Czeskiego Krumlova. 😉
Znasz już nasz fanpage na FB? 😊 Regularnie pojawiają się tam relacje z naszych podróży, weekendowych wypadów, a także różne polecenia z Wiednia, gdzie mieszkamy. Zachęcamy Cię więc do polubienia strony, abyś był na bieżąco. 🙂 Zapraszamy także do naszej nowej grupy „Austria na lato”. Znajdziesz w niej inspiracje na wycieczki po tym pięknym kraju.
Działamy również na Instagramie, gdzie regularnie pojawiają się fotki z naszych wyjazdów, a będąc w podróży, relacjonujemy głównie na InstaStories. Dołącz do nas i inspiruj się z nami!
P.S: Będzie nam niezmiernie miło, jeśli rezerwując Twój kolejny nocleg, skorzystasz z naszego linka Booking.com. Ciebie to nic nie kosztuje, a dla nas to duże wsparcie w prowadzeniu bloga. 🙂

My właśnie jestesmy w Odessie, mieszkamy na ulicy Bunnina bardzo blisko mostu Kotsebu, ruina obok trzyma się świetnie, mieszkają tam chyba dość licznie bezdomni, wskazują na to wydeptane ścieżki do wejścia ( przez okno ) i ogromna ilość pustych butelek po napojach wszelkich. Ciekawe co to było ta ruina w czasach świetności ?
i jak wrażenia? 🙂 Nasz ten strasznie ciekawi, co w tej ruinie kiedyś było… 🙂
Mam w planach kiedyś pojehac do Odessy 🙂
koniecznie! warto! 🙂